Na skutek wieloletniej niewoli, także komunistycznej, społeczeństwo nasze nie jest w pełni ukształtowane politycznie - i w zakresie teoretycznym, i praktycznym. Są wprawdzie znakomite samorodki polityczne i patriotyczne, ale na ogół małpujemy inne kraje w sposób bezmyślny, bezładny i czasami przejmujemy kierunki błędne lub zwykłą tandetę. Jest to wielki mankament Polaków. Żebyśmy mieli choć trochę z koncepcyjnego geniuszu Żydów w tym względzie. Mieliśmy wprawdzie kiedyś oryginalną demokrację szlachecką bez klasycznego feudalizmu oraz swoisty personalizm w teorii i praktyce, ale to wszystko albo zostało stłamszone przez różnego rodzaju okupantów, albo samo się zdegenerowało. Dzisiaj nadchodzi z Zachodu silna moda na liberalizm, choć pozostaje on dla nas prawie wszystkich czymś intrygującym i wielce obiecującym, ale jednocześnie obcym, nieznanym i dla rozważnych Polaków podejrzanym.

 

Wielu z nas jest bardzo zauroczonych obiecującym i doniosłym słowem "wolność", ale na dobrą sprawę nie wiemy, o co tak naprawdę chodzi. Obawiam się, że nie wie tego również ogromna większość naszych władz i polityków. Na ogół myśli się, że liberalizm to tylko gospodarcza wolność od dyrektyw Politbiura lub wolność od przymusów społeczno-politycznych, ale tak nie jest. Liberalizm to cały kierunek, który dziś chce objąć całe życie człowieka, indywidualne i zbiorowe, i staje się przymusowym światopoglądem.


Liberalizm

Liberalizm jest dziś nową, ogromną falą, idącą po nacjonalizmie, faszyzmie, socjalizmie, marksizmie, neokapitalizmie. Jest on oczywiście wieloraki i wieloznaczny, a jego początki wystąpiły w tzw. libertynizmie jeszcze w starożytnych kulturach, gdzie również pojawiały się opozycyjne jednostki lub całe grupy występujące przeciwko klasie panującej lub/i przeciwko tradycji, prawom społecznym i religijnym w imię wolności, jak np. Gudea, Demokryt, Epikur, Euhemer, Lukrecjusz i liczni inni. Swoiste uwalnianie się od dyscypliny wiary i Kościoła przewijało się i w chrześcijaństwie, głównie w postaci niezliczonych sekt, jak manichejczycy, którzy odrzucali etykę seksualną, adamici, żyjący nago w lasach ("raj"), wiklefici, którzy ogłaszali się wolni od państwowych i kościelnych przełożonych ciężko grzeszących, czy husyci, którzy ponadto chcieli wyzwolić społeczeństwo od podatków. Nową jednak jakość i szerszy zakres zaczął liberalizm uzyskiwać od końca XVIII wieku, stając się ogólnoeuropejskim systemem buntu przeciwko tradycyjnemu porządkowi i rygorystycznym prawom, zarówno państwowym, jak i kościelnym. Łączyło się to z odkryciem znaczenia wolności w życiu osobistym i publicznym.
Bardziej radykalną formę socjalno-ekonomiczną przyjął liberalizm w wieku XIX, kiedy to wystąpił przeciwko całemu sterowaniu życia z góry. Na przełomie wieku XIX i XX złagodniał, ustępując jakby miejsca fali przeciwnej: nacjonalizmu, faszyzmu, marksizmu. Ale po II wojnie światowej wybuchł ze zdwojoną siłą, stając się naczelnym nurtem umysłowym i kulturowym w cywilizacji zachodniej, i dziś wchłania w siebie niemal wszystkie inne ruchy ekonomiczne i społeczno-polityczne, łącznie niekiedy z poglądami lóż masońskich. Liberalizm dzisiejszy wychodzi już daleko poza sferę ekonomiczną i ustrojową, a chce się "uwolnić" w całości od instytucji państwa, od całej klasycznej tradycji we wszystkich dziedzinach, od wszelkiej dyscypliny społecznej, a wreszcie od "determinizmu prawdy" i od wyższej etyki, zwłaszcza katolickiej, tym bardziej od Kościoła. I tak liberalizm ekonomiczny przekształcił się w cały kierunek umysłowo-duchowy i w światopogląd. Przy tym nie przedstawia właściwie żadnego programu pozytywnego poza rewolucyjnym, ale mglistym hasłem "wolności". Staje się więc "powiększonym", mamucim dzieckiem wielkich rewolucji, burzącym całe już dziedzictwo europejskie i ogólnoludzkie.
Zasięg liberalizmu ciągle się poszerza, i doktrynalny, i praktyczny. Obejmuje nie tylko gospodarkę i życie socjalne, lecz także prawodawstwo, sądownictwo, wymiar sprawiedliwości, wychowanie, szkolnictwo, kulturę, sztuki, język, dyplomację, nauki humanistyczne, światopogląd, moralność i religię. Wszystko to ma podlegać gruntownemu przetworzeniu, a raczej zburzeniu w imię uwolnienia się jednostki od jakichkolwiek ograniczeń i obowiązków oraz naturalnych determinacji zewnętrznych. Oczywiście, rzadko jeszcze pojawia się liberalizm pełny i czysty, obejmujący całego człowieka i wszystkie dziedziny życia, najczęściej występuje on w postaci cząstkowej i wybiórczej, zwłaszcza w Polsce, ale ciągle się poszerza, radykalizuje i zatacza coraz szersze kręgi wśród inteligencji i młodzieży, której imponuje nowość i beztroskie hasło "wolności". I tak liberalizm należy do szeregu wielkich i modnych kierunków umysłowo-kulturalnych, jak: oświecenie, romantyzm, pozytywizm, egzystencjalizm i inne. Oczywiście, jest on, jak i tamte, przejściowy, ale wielu ludzi niesamodzielnych intelektualnie i nierozważnych oczarowuje, porywa i zaślepia, jakoby był kierunkiem już najwyższym w dziejach ludzkości, ostatecznym i wiecznym. Ludziom bardzo zainfekowanym liberalizmem trudno, jak na razie, cokolwiek wytłumaczyć, ale sumienie pedagoga nie pozwala milczeć. Czasami słyszy się demagogiczne powiedzenie, że i sam Pan Bóg jest "liberałem", bo dał człowiekowi wolną wolę. Ale autor tego powiedzenia nie rozumie pojęcia wolności i myli wolność do dobra z wolnością do zła, wolność twórczą z wolnością niszczącą, wolność powrotu do Boga z wolnością przejścia na służbę szatanowi.
Liberalizm, zwłaszcza najnowszy, który wyrasta na ateizmie publicznym w Europie spustoszonej przez laicyzm, marksizm i demoralizację, zajmuje miejsce najnowszej ideologii, przejmuje rolę nowego burzyciela i niszczyciela i staje się coraz wyraźniej ideologią i postawą antyreligijną, zwłaszcza antykatolicką. Idzie przez Europę jak tsunami. Jest to wielka tragedia ludzka, bo przecież wolność jest jednym z największych darów Bożych dla człowieka, ona czyni człowieka człowiekiem i otwiera przed nim nieskończone horyzonty naturalne i nadprzyrodzone, doczesne i wieczne, ludzkie i boskie. W każdym razie bez wolności, choćby tylko częściowej, nie ma osoby ludzkiej i człowiek byłby tylko rzeczą lub zwierzęciem. Tymczasem motyw "wolności" stał się dziś jednym z głównych czynników antyreligijnych, a jest tak powabny i kuszący, że zaślepił nawet wielu duchownych na Zachodzie i u nas. Nierzadko więc katolicy dołączają do jakiegoś mitologicznego pochodu przez współczesny świat z jakąś boginią Wolności, greckiej Eleuterii i z mitologiczną na ustach "Odą do radości". Takiej apokalipsy Europa chyba jeszcze nie przeżywała.
Jeżeli chodzi o Kościół katolicki, to pierwszą większą falę liberalizmu w XIX wieku, falę nie tylko religijną, lecz także moralną i gospodarczo-społeczną, potępili Papieże: Grzegorz XVI, bł. Pius IX, i św. Pius X. Kościół hierarchiczny krytykował otwieranie pola dla walki klas, bezlitosnej walki bogaczy z biednymi, silnych ze słabymi, podział społeczny na nadludzi i podludzi, na wygranych życiowo i przegranych, żyjących w pałacach i na śmietnikach, pomijanie ogólnej miłości społecznej jako wyższego spoiwa społeczeństw, a wreszcie pomijanie Boga i Jego przykazań.
Pod wpływem krytyki ze strony chrześcijańskiej, a także ze strony naukowej na przełomie wieku XIX i XX fala radykalna liberalizmu osłabła i rodził się powoli tzw. neoliberalizm lub ordoliberalizm (wolność związana z porządkiem), czyli liberalizm umiarkowany, uporządkowany, ucywilizowany. Polegał on na tym, że zaczęto odchodzić od modelu gospodarki absolutnie wolnej, rynkowej, zaczęto humanizować zasadę bezwzględnej konkurencji, która zastępowała marksistowską walkę klas, oraz przyjmowano możliwość określonych prawem ingerencji państwa, wyznaczającego jakieś ramy rynkowe i granice wolności, nie tylko przy pomocy anonimowych i papierowych praw, ale także czynnika ludzkiego (por. o. prof. Jan Mazur).
Jednakże w jakiś czas po II wojnie światowej stało się coś złego. Oto zmutowany socjalizm czy nawet marksizm zniósł w gnieździe kapitalizmu zachodniego swoje kukułcze jajo, z którego wykluła się jakaś hybryda w postaci socjalistyczno-liberalistycznego neokapitalizmu. W każdym razie zawarły ze sobą ślub socjalizm i liberalizm, a ich potomstwo miało z nową siłą zwalczać porządek społeczny, zwłaszcza dotychczasowy ład społeczny, tradycję, no i każdą religię. Liberalizm neokapitalistyczny stał się znacznie bardziej radykalny niż ów pierwszy z XIX wieku i przybrał sobie charakter mesjański i niemal objawiony. Coś z tego np. udzieliło się również niektórym naszym ludziom z Centrum Adama Smitha, którzy przemawiają w sprawach ekonomiczno-społecznych w duchu dogmatu liberalistycznego, jakby byli co najmniej papieżami ekonomicznymi. A i tak polski liberalizm jest bardziej stonowany i rozsądny niż zachodni, bo tam z liberalizmu tworzy się nową ewangelię. Ludzie poszukują ciągle choćby namiastki religii.


Współczesna krytyka liberalizmu

Najbardziej światoburcza faza liberalizmu przypadła na czasy papiestwa Jana Pawła II i złączyła się ona z najgłębszą laicyzacją Europy Zachodniej, w której dziś nie być liberałem równa się być oszołomem, zapleśniałym konserwatystą, a nawet przestępcą społecznym. W każdym razie liberalizm staje dziś jako jedno z głównych wyzwań dla kultury euroatlantyckiej. I wydaje się, że podstawowe nauczanie i działanie sługi Bożego Jana Pawła II miało na celu odpowiednie ustawienie Kościoła katolickiego wobec liberalizmu, wobec liberalistycznego świata. Papież uznał pośrednio i częściowo koncepcję społecznej gospodarki rynkowej, czyli wolny rynek, który korzysta najlepiej z zasobów ziemi i sił pracowniczych. Następnie, zgodnie z tradycją katolicką, uznał własność prywatną i wolną inicjatywę. Przy tym sam rozwinął twórczą zasadę wolności osoby ludzkiej i zasadę demokracji. Ale trzeba podkreślić, że przy tym starał się ustawicznie tę wolność mocno obwarowywać i porządkować. Ukazywał mianowicie zagrożenia ze strony liberalizmu absolutnego i wywracającego wyższe wartości. Domagał się koniecznie wiązania porządku liberalnego z prawdą i moralnością, prymatu dobra wspólnego, nie tylko jednostkowego, ograniczenia wolności jednostki przez prawo do wolności drugiej jednostki, a także wolności danej grupy społecznej, narodu i państwa oraz Kościoła. Nieograniczona wolność jednostkowa prowadzi do totalnej walki człowieka z człowiekiem i w efekcie do zabicia życia zbiorowego.
Wolny rynek nie jest ani wszechmocny, ani nie jest najwyższą kategorią społeczną. Zresztą jest on wolny tylko w majaczeniach teoretyków. W UE jest on niewolniczo krępowany w każdym szczególe przez prawa i urzędy brukselskie. Poza tym i wszędzie indziej stoi pod dyktatem wielkich koncernów, korporacji, monopoli, układów i umów wszelkiego rodzaju. Zwłaszcza nie jest w niczym wolne rolnictwo. Chłopu wydaje się rozporządzenia odnośnie do każdego zwierzęcia, każdego kartofla i każdego ziarnka pszenicy. W ogóle jest to ciężka choroba psycho-gospodarcza. Również własność prywatna ma służyć w pewnym zakresie dobru wspólnemu. Państwo zaś nie może zaniknąć ani starać się tylko o dobro i zysk bogatych, lecz musi także chronić, stwarzać odpowiednie warunki i pomagać ubogim, przegrywającym życiowo i dźwigającym się z nędzy. Musi być też również odpowiedzialność za środki produkcji wobec społeczeństwa. A wreszcie cały liberalizm musi być ujęty w ścisły system prawny, przede wszystkim musi przestrzegać ogólnej etyki społecznej oraz danej religii. Musi uwzględniać wymagania polityczne, obyczajowe, kulturowe, indywidualne i zbiorowe, bo wszystkie dziedziny życia są współzależne i dziedzina społeczno-gospodarcza nie jest ani samoistna, ani królową ducha ludzkiego, inaczej mielibyśmy znany "ekonomizm marksistowski" Michaiła Pokrowskiego.
Nasz Papież ostrzegał przed uogólnionymi konsekwencjami pełnego liberalizmu, którymi są: absolutyzacja wolności, indywidualizm, utylitaryzm, materializm, laicyzm, konsumpcjonizm oraz bezwzględna walka o byt zamiast miłości chrześcijańskiej. Ostatecznie też liberalizm stwarza podatny grunt pod takie zjawiska, jak skrajny egoizm, chaos duchowy, nieład moralny, skrajny feminizm, wzrost łamania prawa, a wreszcie tzw. aborcja, eutanazja, wrogość wobec rodziny, nieczułość wobec ojczyzny i narodu i w ogóle pierwszeństwo rzeczy przed osobą ludzką. Papieska krytyka liberalizmu ciągle się pogłębiała w encyklikach: "Laborem exercens", "Sollicitudo rei socialis", "Centesimus annus", "Evangelium vitae", "Veritatis splendor".
W rezultacie między liberalizmem a katolicyzmem rozciąga się w zasadzie przepaść, mimo pewnych zbieżności peryferyjnych. Niedawno pewna moja młodsza koleżanka, profesorka z KUL-u, powiedziała w TV, że jest "liberałem chrześcijańskim", co konkretnie znaczy: katoliczką i liberałką. Obawiam się, że jest w tym logiczny błąd wieloznaczności (aequivocatio). Jeśli ktoś jest katolikiem w pełnym znaczeniu, tzn. nie tylko ochrzczonym, to nie może być jednocześnie liberałem w pełnym znaczeniu, ponieważ obie te doktryny się wykluczają. Nie można mówić: jestem katolikiem, ale ateistycznym. Można mówić jedynie następująco: jestem katolikiem i zarazem liberałem, lecz tylko liberałem w pewnym aspekcie, np. co do wolnej gospodarki, a nie liberałem w ogóle.
Jeszcze wyraźniej odnosi się to do duchownych. Nie mogą oni być pełnymi katolikami i zarazem pełnymi liberałami. Wprawdzie niektórzy duchowni katoliccy, jak Michael Novak z USA i Józef Tischner z Polski, uważali się za liberałów, ale tylko w wąskim zakresie, bądź tylko w gospodarce, bądź w większym docenianiu wolności ludzkiej. Słowo "katolik" oznacza przede wszystkim chrześcijanina przyjmującego nienaruszoną całość nauki Chrystusa, a nie tylko jakąś jej wybraną sobie część, jak czynili to sekciarze. Kto zatem przyjmuje liberalizm wraz z jego światopoglądem, musi się wyrzec wielu dogmatów katolickich, a przynajmniej nie może ich wyznawać w życiu publicznym, np. zakazu zabijania poczętych. Toteż jeśli pewni liberałowie polscy ze znanych ośrodków nie przyjmują niektórych prawd katolickich podstawowych, bo chcą być "wolni" również w wierze objawionej, to nie są już w istocie katolikami, choćby dla innych mienili się katolikami. A jest już parodią, kiedy tacy liberałowie, także duchowni, odrzucający całą społeczną naukę Kościoła i nauczanie Papieży, uważają się za katolików "lepszych" niż w pełni wierni. Oczywiście, zawsze są i liberałowie, i katolicy tylko częściowi, ale to nie jest model.
A czy nie może ktoś być sobie spokojnie w duszy katolikiem, a w działaniu publicznym liberałem? Byłaby to jakaś schizofrenia, jaka zdarzała się za czasów przymusowego komunizmu. Chodzi o to, że liberałowie w ogólności odmawiają katolikom i całemu Kościołowi prawa obecności społeczno-politycznej na forum publicznym. Liberałowie mieliby ochotę wysłać Kościół na jakieś odległe ciało niebieskie, żeby nie było go widać na ziemi. Tymczasem inna jest nasza nauka. "Prawo i obowiązek uczestniczenia w polityce - nauczał Jan Paweł II - dotyczy wszystkich i każdego" ("Christifideles laici", nr 42). Z kolei Papież Benedykt XVI wezwał Episkopat Polski do utrzymania w Polsce tożsamości narodowej w duchu katolickim: "Jednym z ważnych zadań wynikających z procesu integracji europejskiej jest odważna troska o zachowanie tożsamości katolickiej i narodowej Polski" (Przemówienie do II grupy polskich biskupów, Watykan 3 XII 2005 r.). "Autonomia" zaś, o której Papież wspomniał, oznacza niemieszanie instytucji kościelnych z państwowymi w obu kierunkach. Według nauki Soboru Watykańskiego II, Bóg jest Bogiem nie tylko Kościoła, ale i państwa, choć instytucje te są wobec siebie autonomiczne ("Gaudium et spes", nr 36, 41). Liberałowie natomiast głoszą wolność w dziedzinach doczesnych tylko dla siebie, a katolików odsyłają do wolności w niebie.
Tymczasem Kościół, choć nie jest z tego świata, nie może uciec całkowicie od tego świata. Samo zjawisko Kościoła jest rzeczywistością polityczną. Tak też jest bez względu na to, czy krajem rządzą wierzący, czy ateiści. Kościół zatem w swym działaniu nie może być apolityczny, on ma jedynie bardziej duchowe i bezstronne formy wpływu na kształtowanie doskonalszego człowieka i doskonalszej społeczności. Jest postulat, żeby Kościół nie wiązał się z partią społeczno-polityczną, czyli żeby był apartyjny. Jest to postulat bardzo słuszny, ale również musi być doprecyzowany. Na przykład w wyborach winien popierać wszystkie partie jednakowo lub nie popierać żadnej, tylko stać na uboczu. Ale i tu są problemy. Czy może stać na uboczu, gdy jakaś partia chce zniewolić naród, jak np. partia bolszewicka? Lub nazistowska w Niemczech? Albo: czy może popierać wszystkie partie bez względu na ich stan moralny? Otóż nie! Powinien subtelnie i bez zrażania wiernych popierać partie, ale dobre, natomiast nie może popierać na równi partii złych, u nas np. antypolskich. Wręcz przeciwnie: powinien Polskę bronić przed partiami przestępczymi, jakie bywają, zwłaszcza po dogłębnym u nas rozbiciu społeczeństwa przez bezwzględne zaborcze siły. A jeśli w partiach złych trafiają się jednostki godne, to Kościół w nie nie godzi, bo albo są one tam omyłkowo, czy przymusowo, czy w sposób grzeszny, np. w PPR, albo należałoby je właśnie stamtąd wydobyć. Trzeba przypomnieć, że swego czasu Papież Pius XII wydał ekskomunikę na tych, którzy dobrowolnie wstąpili do partii marksistowskich. Wprawdzie dziś w Szwecji często i ateiści uważają się za członków Kościoła luterańskiego, ale to już jest skandynawska aberracja religijna.
Żądanie liberałów, by Kościół bądź to popierał wszystkie partie na równi, bądź to by nie popierał żadnej, nawet dobrej i ratującej państwo, wynika wprost z założenia, że Kościół, zarówno hierarchia, jak i świeccy, nie ma żadnych praw publicznych, natomiast mają je jedynie ateiści publiczni lub tzw. neutraliści.


Nieznajomość zła liberalizmu szkodzi

Dlaczego trzeba mówić o teorii i praktyce liberalizmu także w Polsce? Podstawowym wymogiem jest prawda, która u nas bywa skrywana, jak kiedyś pełne oblicze bolszewizmu. Coraz częściej szlachetni, religijni, ale nieczujący potrzeby przeciwdziałania poprzestają na pozornie religijnym zdaniu: "prawda sama się obroni". Formuła ta może i ładnie brzmi, ale jest defetystyczna i nieprawdziwa. Obroni się sama tylko prawda Bożej Opatrzności, ale w historii ziemskiej wygrywa czasami, niestety, fałsz ludzki. Toteż na ziemi nie możemy jedynie czekać, że prawda sama się będzie zjawiała i trwała bez naszego udziału, prawdę trzeba nam tworzyć i walczyć o nią, a dopiero wtedy wygra prawda wieczna dla nas. W historii bardzo wiele wielkich prawd sponiewieranych, naruszonych, zakrytych nigdy się nie obroniło: najazdy, ludobójstwa, zbrodnie, grabieże, wysiedlenia... Nieszczęśliwym, niewinnym Żydom w holokauście nikt życia nie zwrócił... Setki tysięcy Polaków wywiezionych na nieludzką ziemię, a także ich potomkowie nie otrzymali żadnej prawdy o sobie, a chrześcijańscy prawosławni często do dziś nie pozwalają im nawet modlić się po katolicku i po polsku. Okrutni mordercy stalinowscy nie zostali nigdy osądzeni. Słowem, historia świata nie jest ciągiem sprawiedliwości i prawdy. Przez lata wojny i okupacji modliliśmy się o prawdziwą wolną Polskę, a przyszła nowa niewola i często zwycięża fałsz. Katolik nie może sycić się sloganami. Pełna prawda będzie nam dana "za darmo" dopiero niebie, a na ziemi musimy o nią walczyć, no i modlić się o pomoc Bożą. Człowiek po to ma rozum, wolną wolę i moce działania, żeby prawdę tworzyć, bronić jej i współpracować z Opatrznością Bożą.
Postawa "niedziałania", tylko czekania na los, jest zasadą pradawnego taoizmu chińskiego i niektórych odłamów hinduizmu, a nie jest zasadą katolicką. Toteż Polacy, zwłaszcza katolicy, muszą miłość do prawdy obracać w potężny czyn. Inaczej będą zdrajcami samych siebie.
I teraz przyszły czasy, kiedy musimy podjąć wielki czyn w obronie naszej prawdy: przed jakimiś zakrytymi dominacjami nad nami, przed niszczeniem Ojczyzny, przed ubóstwem milionów rodaków, przed głodem dzieci, przed niesłychanymi oszustwami i kłamstwami, przed przestępczymi ideologiami, przed zabijaniem dzieci, przed deprawacją młodzieży, przed utratą suwerenności...
Należy oczywiście przyjąć to, co w liberalizmie jest dobre i słuszne, ale musimy zdecydowanie bronić się przed ogłupianiem nas i przed różnego rodzaju niedorzecznościami. Trzeba nam do tego przywódców. Przede wszystkim powinniśmy znać podstawowe założenia liberalizmu. Znajomości takiej często nie ma nawet nasza wierchówka, choć w dużej mierze nieraz ustępuje hasłom liberalistycznym. Na przykład wielu z nas sądziło, że liberałowie chcieli wielkiej wolności Polski. Tymczasem niemal każdy z nich, mówiąc o wolności, chciał jedynie wolności indywidualnej, własnej, a jednocześnie nie widział nic złego w pchaniu Ojczyzny w niewolę brukselską, czyli nie rozumiał wolności społecznej i narodowej, jak klasyczny egoista.
Tezy i cele liberalne bywają często skrywane. Na przykład p. Łukasz Goczek atakuje w "Gazecie Wyborczej" (13 stycznia 2006 r.) plan powołania Centralnego Biura Antykorupcyjnego jako całkowicie nieskutecznego. A co proponuje w zamian? Proste, przejrzyste prawo i zaprowadzenie prawa oraz reguł gry ekonomicznej, gdzie decydują urzędnicy; mniej państwa to mniej korupcji. Oto w krótkiej wypowiedzi mamy całą filozofię liberalizmu. Przestępstwa społeczne i urzędnicze znikną w momencie ogłoszenia prawa ("państwo prawa"), no i w czasie zanikania państwa. W wypowiedzi liberała nie ma miejsca dla etyki, dla ustroju, dla kontekstu gospodarczego, nie ma problemu dobrej ani złej woli człowieka, tylko jest prawo papierowe jako wskazówka i prosta recepcja tego prawa przez aparaturę jednostki ludzkiej. Ukazuje się tu cała utopia liberalizmu, której jednak większość zdaje się nie zauważać.
Kto chce dyskutować z liberałami, musi poznać główne założenia, tezy i całą konstrukcję myślową. Żałosne jest, kiedy ktoś pertraktuje z liberałami, a tych ich założeń i tez nie zna. Takie pertraktacje przypominają pewną dyskusję młodzieżową w mądrych i obiektywnych programach pana Pospieszalskiego. Raduje czystość intencji młodych polityków różnych orientacji, idealizm, optymizm, świeżość myśli, spontaniczność wypowiedzi, ale boli w gruncie rzeczy brak ujmowania samych podstaw problemów, wizji ogólnych i systemowych, płytkość widzenia i chwytanie się przeważnie spraw drobiazgowych i drugorzędnych. W sumie otrzymujemy raczej jakiś polityczny kogel-mogel bez wartości poznawczych. Widocznie uniwersytety polskie nie uczą myślenia głębokiego i filozoficznego, jakby na podobieństwo wyższych szkół amerykańskich.
Często również reprezentanci kierunku liberalnego nie znają głównych założeń swego systemu, wydają się tylko wykonawcami czyichś dyrektyw. Widać to nieraz na tle sporów o tzw. prywatyzację, czyli sprzedaż zakładu zagranicznemu inwestorowi ze szkodą dla polskiego społeczeństwa, które ten zakład wypracowało. Strajkujący protestują, że tzw. inwestor stworzy im gorsze warunki, niż daje państwo polskie. Urzędnik odpowiada, że będzie uchwalony pakiet socjalny, którego gwarantem będzie państwo. Ale nie wie on chyba, że po latach państwo ma zaniknąć, a zakład będzie nietykalną własnością inwestora, zależną we wszystkim od niego samego. Strajkujący dowodzą, że nowy właściciel położy zakłady współpracujące i dostarczające surowców. Minister odpowiada, że inwestor będzie współpracował dalej z kooperantami i że nie będzie sprowadzał surowców ze swego kraju, tylko z Polski. Gołosłowny minister nie wie, że inwestor sprowadzi surowce stąd, gdzie będą najtańsze. Strajkujący mówią: wielu nas wyrzuci z pracy. Minister odpowiada: taka jest tendencja ogólnoświatowa, bo rozwija się technika. Minister zapewnia, że nowy inwestor będzie pracował dla nich, dla państwa i dla dobra wspólnego, tak samo jak inwestor polski, a zdaje się nie rozumieć, że dla właściwego liberała dobro wspólne i społeczne nie istnieje, liczy się tylko zysk jednostki. Chyba też nie rozumie, że liberał neokapitalista nie liczy się z żadną etyką społeczną, nie ma miłości społecznej i liczą się u niego tylko relacje finansowe. Prości Polacy wszystko to odczuwają jakoś intuicyjnie, ale nie mogą tego upublicznić, bo nie ma komunikacji między nimi a wyższymi politykami, a media są najczęściej bardzo prymitywne i dyletanckie, są tam przeważnie sprytni gracze słowni, ale nie ma wybitniejszych umysłów. Taki pat ciągle trwa, a jest on na rękę naszym wrogom i różnym pasożytom społecznym.


Liberalizm a media katolickie

Liberałowie stoją na gruncie wolności dla wszystkich, a dlaczego atakują i chętnie zniszczyliby media katolickie? Ano dlatego, że ich system nie jest ani poprawny, ani szczery. Przy tym liberalizm nie jest czymś neutralnym, lecz jest rodzajem ideologii - analogicznie do marksizmu - agresywnej, zdobywczej i imperialnej. Ostatecznie chce on zawładnąć drugim człowiekiem i życiem całego świata. Paradoksalnie zatem łączy się z globalizmem. Jest więc pewnym totalitaryzmem (por. Janusz Szostakowski). Taki zaś kierunek boi się, jak każda fałszywa ideologia, odmiennych mediów, zwłaszcza katolickich, które łączą wolność z prawdą, a nie z uwalnianiem się od prawdy, zwłaszcza trudnej i wymagającej.
U nas widać to doskonale na przykładzie odnoszenia się liberałów, także niektórych wyższych duchownych, do niezależnych od politycznej poprawności mediów - Radia Maryja i TV TRWAM, które łamią monopol nowych "zdobywców świata". Jednocześnie także ateizujące ośrodki zagraniczne prą całą siłą w tym kierunku, żeby w "nowoczesnym organizmie" UE nie było "wrzodu" w postaci Polski w pełni polskiej, a co gorsza żywo katolickiej. Owych misjonarzy nowego ładu w świecie bardziej bolą polskie media dalekosiężne niż ich własne kryzysy i trudności gospodarczo-społeczne. Dyrygenci nowej pieśni europejskiej chcą uciszyć głos katolicki, który zakłóca harmonię chórów laickich. Do tych dyrygentów dołączają, niestety, także niektórzy duchowni polscy, którym brakuje zmysłu i kościelnego, i patriotycznego. Wyższe czynniki zakonne radziły im stworzyć po prostu własne media konkurencyjne, zamiast niszczyć już istniejące, ale w zacietrzewieniu to nie skutkuje. W rezultacie są u nas trzy postawy liberałów i socjalistów w stosunku do wspomnianych mediów: 1) wyrzucić z owych mediów tematykę doczesną; 2) oskarżać o błędy teologiczne i 3) nakłonić Episkopat do zniesienia mediów w ogóle. I trzeba zauważyć, że ataki te stale się nasilają. Sprawa jest trudna, bo jeśli liberałowie są w stanie zdezorganizować propolskie prace Sejmu i rządu, to cóż dopiero media kilku ubogich zakonników.
1. Jedni liberałowie polscy tolerowaliby ogólne media katolickie i polskie, gdyby ograniczały się one wyłącznie do tematyki religijnej nadprzyrodzonej, np. o aniołach, o piekle, albo też gdyby odmawiały przez 24 godziny Różaniec. Natomiast nie tolerują oni poruszania, choćby tylko przez dzwoniących słuchaczy, kwestii doczesnych, dotyczących tego świata, głównie spraw społeczno-politycznych, ekonomicznych, kulturowych, historyczno-patriotycznych itd. Bowiem przez tę tematykę doczesną uszczuplają władzę i propagandę zdobywców świata. Niektórzy co bardziej podstępni chcą wmówić społeczeństwu, że problematykę społeczno-polityczną mogą poruszać wyłącznie biskupi, nie mogą zaś ani zakonnicy, ani prezbiterzy, ani katolicy świeccy.
2. Druga grupa wrogów mediów ogólnopolskich, tzw. neokatolicy, atakują głównie tematykę religijną i teologiczną. Uważają oni ogólnie, że Kościół nie ma swojej nauki społecznej ani etyki społecznej, musi się opierać na naukach świeckich, a i prawdy religijne są niesoborowe, wsteczne, zbyt fideistyczne i - jak powiedział niedawno p. Jarosław Gowin, szef "Znaku", grający rolę apostoła Kościoła polskiego - fundamentalistyczne, czyli nieuwzględniające ani współczesnego świata, ani najnowszych prądów umysłowych. Są w Polsce całe ośrodki, które o tych mediach myślą tak samo. Ich reprezentantem jest choćby także KAI, która pisze raczej dla liberałów amerykańskich niż dla Polaków, dla katolików polskich.
3. Trzeci odłam misjonarzy liberalizmu i zarazem globalizmu laickiego dąży do wyrzucenia charyzmatycznego ojca tych mediów, czyli ojca Tadeusza Rydzyka CSsR i do zlikwidowania jego mediów pod pozorem sanacji. Ich taktyka polega głównie na "napuszczaniu" biskupów na nieposłusznego, rzekomo, Ojca Dyrektora oraz na zbuntowanych zakonników i krnąbrny zakon. Ciekawe, że wrogowie żywego Kościoła najbardziej nienawidzą zakonów. Przywołuję tu taktykę marksistów. W latach 1952-1956 marksiści napierali mocno na KUL, żeby zgromadził u siebie wszystkich alumnów zakonnych z całego kraju, żeby w efekcie zmniejszyć liczbę tych alumnów, narzucić im powolnych sobie wykładowców niechętnych zakonom, żeby byli bardziej światli, no i bardziej posłuszni "postępowym" biskupom. Dziś zaś podobni wrogowie liczą, że Episkopat zniszczy te media lub "zreformuje", a oni osiągną dwa cele wraże: zniszczenie mediów katolickich ogólnopolskich i wpływowych oraz dokonanie rozłamu między Episkopatem a milionami słuchaczy i widzów, bo już dziś ludzie mają ogromny żal do tych księży biskupów, którzy atakują te media. Tymczasem media owe głoszą absolutnie poprawną naukę Kościoła, tak dogmatyczną, jak i społeczną, mają umowę z Episkopatem, słuchają jak ojca ordynariusza miejsca w Toruniu, słuchają władz zakonnych, posiadających swoją egzempcję, tzn. nie zależą bezpośrednio od Episkopatu, słuchają swoich władz najwyższych i mają poparcie Papieży. A i popierają ich miliony ludzi, którzy też - według Soboru - posiadają zmysł prawdziwej wiary. W rezultacie zatem ataki na owe media pokrywają się jakoś dziwnie z atakami na Kościół i na Polskę. A cała perfidia leży w tym, że ludzie atakujący najbrutalniej głoszą, że to oni niosą pełną wolność. Ostatnio próbuje się dokonać pewnego rodzaju schizmy między "Kościołem łagiewnickim", Kościołem miłosierdzia i wolności, a "Kościołem toruńskim", Kościołem wojującym i fundamentalistycznym. Przy tym pierwszy wiąże się z Platformą Obywatelską i z innymi liberałami, a drugi z PiS-em i różnymi innymi tradycjonalistami nacjonalistycznymi. Wobec tego doszedł jeszcze motyw walki nie tylko z samymi mediami, ale i z rządem propolskim, żeby przedstawić go światu jako nacjonalistyczny, antysemicki i antyeuropejski. Ataki na media katolickie ogólne wzmagają się jeszcze i z tego powodu, że odegrały one określoną rolę w wyborach parlamentarnych i prezydenckich, a mogą odegrać jeszcze większą w wyborach samorządowych i ewentualnie parlamentarnych przyszłych. I tu jaśnieje cała szlachetność liberałów i czystość ich gry.


Poznawajcie ich po owocach

Pełni liberałowie ciągną za sobą niewiele dobrego, a przeważnie bardzo wiele złego, jak jeźdźcy apokaliptyczni: walkę o władzę i pieniądz kosztem człowieka, degenerację moralną, rozprzężenie życia społecznego, wielką wrogość międzyludzką oraz totalny chaos prawny i duchowy. Wloką oni za sobą pewnego rodzaju osłabienie systemu odpornościowego w organizmie społecznym, brak miłości społecznej, poczucie niespełnienia, pewną demoralizację, zwłaszcza wśród młodzieży, wzrost przestępczości, lenistwo, rozluźnienie dyscypliny w szkołach, w wojsku, w szpitalach, w innych służbach, podatność na korupcję, odrzucanie autorytetu, utratę zmysłu ojczyźnianego i narodowego, obniżenie wartości rodziny, skrajny egoizm i inne. Ideologia liberalna pogłębia również nasz bałagan i chaos. W roku 1974 pytałem niektórych profesorów holenderskich, czy w Holandii jest jakieś charakterystyczne powiedzenie o Polakach. "Jest" - odpowiedzieli: "Chaos jak w polskim Sejmie". Chodziło tu o dawne czasy, a dziś pod wpływem liberalizmu będzie jeszcze gorzej.
W rezultacie zachodni liberalizm neokapitalistyczny należy bez wątpienia do systemów bardzo złych, właściwie dekadenckich i pozbawionych ducha ludzkiego. Na jego miejsce trzeba rozwijać polski system personalizmu społecznego. Ale, niestety, jest to sprawa wielu ludzi i dalszej przyszłości. Personalizm ten nie miałby przynajmniej nierozsądnej fragmentaryczności w patrzeniu na człowieka, na życie społeczne i na świat.