Mali terroryści

Bezstresowe wychowywanie dzieci uczyniło z nich egoistyczne potwory

Nie lubiła matematyki, ale w tym przypadku z rachunkami nie miała kłopotów: policzyła na ile lat chce wpakować ojca do więzienia. Dzięki temu miały skończyć się zakazy i nakazy. Doniosła na policję, że stary dobierał się do niej.
EWA JAGALSKA
Przez całe wieki dzieci nie miały żadnych praw. Ba, nawet ich człowieczeństwo było przez lata kwestionowane. Musiały się bez szemrania poddawać woli rodziców i opiekunów. O tym obowiązku przypominały im brzozowe witki, stale moczące się w wiadrze z zimną wodą, i groch w kącie, na którym trzeba było klęczeć. Rodzic był święty, a jego wola, choćby nienawistna, obowiązywała także po jego śmierci.

- Wszyscy się dziwili, kiedy posłałam córkę do żeńskiego liceum prowadzonego przez siostry zakonne - mówi Krystyna Kozielska, mama dorosłej już Ani. - Do domu nie miała daleko, ale postanowiłam, że córka będzie mieszkała w internacie. Poranna pobudka, grzeczny mundurek, zasady, za złamanie których grozi kara, rygory, których nie potrafiłam jej narzucić. Wszystko to dobrze jej zrobiło. Nauczyła się szanować innych, z czym wcześniej miała kłopoty, nauczyła się systematyczności. Oczywiście buntowała się, zwłaszcza na początku - nie mogła ufarbować włosów, malować się, musiała nosić spódnice do połowy kolana. Byłam bliska załamania, ale nie ustąpiłam. To dobra szkoła. Wszystkie dziewczyny z jej klasy skończyły studia.
Dziś dzieci i młodzież mają dorosłych w nosie. A jeśli wapniaki ośmielą się mieć jakieś wymagania, dzieciaki wiedzą, co zrobić. Nie liczą się z nikim i z niczym. Oskarżą o przemoc albo same zaatakują. Powiedzą, że były głodzone, poniewierane, wykorzystywane. Doskonale potrafią manipulować dorosłymi. Kiedy dostaną to, czego chcą, tupną nogą i zażądają więcej. Komórkę, kolejny komputer, drogie wakacje. Czasami dręczą dorosłych dla czystej satysfakcji. Lubią patrzeć, jak ktoś, kto sprzeciwił się ich woli, wije się i tłumaczy. A że czyjeś życie runie w gruzy? Nieważne.

Liberalne wychowanie zaszczepiło im pewność, że dziecku wszystko wolno. Że nie można krępować ich ekspresji, nawet jeśli jest ona uciążliwa dla otoczenia. Że dzieci uczą się w ten sposób życia w społeczeństwie. Niektórzy rodzice tak nawet tłumaczą wybryki swoich pociech - niech się wprawia, będzie mu łatwiej w życiu. Czy dyktat krótkich spodenek kiedyś się skończy? Co będzie, jeśli nie powiemy STOP? Za kilka, może kilkanaście lat dorośnie pierwsze pokolenie absolutnych egoistów. Może więc zainteresujmy się dziećmi już teraz, nie spełniajmy wszystkich ich zachcianek, trzymajmy się ustalonych z góry zasad (to dotyczy również rodziców) i jasnych podziałów: "Ja jestem rodzic i ja tu rządzę. Możesz mieć inne zdanie, wysłucham cię, podyskutujemy, ale nie możesz dyktować wszystkim swoich warunków". Nie da się tego jednak zrealizować bez poświęcenia dziecku większej niż dotychczas uwagi. Co czeka rodziców, jeśli poddadzą się małoletnim terrorystom?

Kiedy wychowankowie domu dziecka w Piekarach Śląskich uznali, że pani dyrektor musi odejść, powiadomili lokalne media i prezydenta miasta o stosowanej wobec nich przemocy. Pod placówką czatowali dziennikarze z kamerami. Kobieta tłumaczyła się, że przyłapała chłopaków na piciu wiśniówki, więc za karę wlepiła im dodatkową godzinę nauki. Ot i cała przemoc. Ale nie wszyscy uwierzyli. Powinna się jednak cieszyć, że jej wychowankowie nie wytoczyli najcięższych armat - gdyby została oskarżona o molestowanie, nie wygrzebałaby się z błota do końca życia.

Za swoje oberwał nauczyciel z Dobrego Miasta. Już dawno mu się należało! Przywoził samochodem wagarowiczów na lekcje. Wyciągał wieczorami z knajp uczniów, którzy bawili się przy piwie i fajkach. Kto to widział? Feralnego dnia stanął w obronie skatowanego przez kolegów chłopca. Złapał sprawcę za kark, zaprowadził do pokoju nauczycielskiego i przeciągnął mu pasem przez tyłek. Wybuchła afera. Matka gimnazjalisty, który pobił ucznia, nie przyjęła przeprosin. Zastanawiała się, po co nauczyciel kazał synowi ściągać spodnie. Nie rozmawiała z chłopcem o wszczętej przez niego bójce, żeby "dziecka psychicznie nie załamywać". Nauczycielowi groził zakaz wykonywania zawodu.
- Dzieci razem z prawami otrzymały władzę nad dorosłymi i bez oporów z niej korzystają - mówi dr Krystyna Kmiecik-Baran, psycholog z Uniwersytetu Gdańskiego. - Doskonale wiedzą, co trzeba zrobić, żeby wyglądać na ofiarę przemocy lub molestowania seksualnego. Traktują to jako metodę na osiągnięcie czegoś, zemstę lub żart. I nie mają wyrzutów sumienia. Pytałam o to podczas moich badań. Wiele dzieci powiedziało, że nie widzi nic złego w tym, że kogoś bezpodstawnie się oskarża - dodaje psycholog.

Opowiada o nauczycielu śpiewu oskarżonym o molestowanie seksualne. - Przykładał dłoń do brzucha i klatki piersiowej, aby kontrolować oddech. To element nauki. Ale uczennica uznała, że to molestowanie. Sprawa trafiła do sądu, który mężczyznę uniewinnił. Ale zanim sprawa została wyjaśniona, zanim cokolwiek powiedział w swojej obronie, został skreślony przez otoczenie. Zniszczony jako człowiek i jako pedagog - mówi dr Krystyna Kmiecik-Baran. Inni specjaliści sypią podobnymi przykładami jak z rękawa.

Tata w pierdlu, jest OK

- Dziewczyna mogła mieć wtedy jakieś 13-14 lat - opowiada seksuolog, dr Zbigniew Izdebski. - Przyszła do mojej poradni z płaczem, że ją ojciec wykorzystuje seksualnie. Mówiła, że wywozi ją samochodem nad staw i tam, w krzakach, się do niej dobiera. Bardzo sugestywnie opowiadała o tym, co jej robił i co ona wtedy przeżywała - dodaje.

Podczas następnych spotkań w poradni Towarzystwa Rozwoju Rodziny nastolatka podawała więcej szczegółów. - Zaczęło się od tego, że matka zaszła w ciążę. Ciężko ją znosiła, nie mogła współżyć z ojcem. A po porodzie nie chciała. To wtedy zawiózł mnie nad staw - mówiła dziewczyna.


Ojciec pojawił się w poradni zalany łzami. Zapewniał, że nigdy w życiu nie spojrzałby na córkę jak na obiekt seksualny. - W takich przypadkach zawsze się jednak wierzy dziecku. Przynajmniej na początku - mówi Zbigniew Izdebski. - Z tamtą dziewczyną spotykałem się przez ponad dwa miesiące raz, czasem dwa razy w tygodniu. Wreszcie pękła! Okazało się, że ojciec-policjant był surowy. Nie pozwalał jej na wychodzenie do dyskotek. A jeśli już - dziewczyna musiała wcześnie wrócić do domu, o określonej przez rodziców godzinie. Bardzo jej się to nie podobało. Aż wpadła na pomysł: wyczytała, że za molestowanie seksualne nieletnich idzie się na kilka lat do więzienia. Policzyła, że jeśli ojca wsadzą na 5-6 lat, to do uzyskania pełnoletności będzie się mogła bawić do woli - dodaje seksuolog.

Mali Polacy dostają w sumie prawie 3 mld zł kieszonkowego rocznie. Oprócz tego mają decydujące zdanie przy większości rodzinnych zakupów. Dzieci pytane są o zdanie w salonie samochodowym (33 procent), w sklepie ze sprzętem AGD (45 procent), z kafelkami do łazienki (25 procent). Wszystkie same wybierają sobie komórkę.
Wniosek z dorosłych

- Dzieci obserwują dorosłych i wyciągają wnioski - mówi psycholog z Gdańska. - Widzą brak szacunku do prawa, więc wydaje im się, że to normalne. Widzą też, że nieprzestrzeganie go nie pociąga za sobą konsekwencji, a często daje zyski.

Zbigniew Izdebski potwierdza.

- Skoro adwokaci doradzają kobietom, aby oskarżały mężów o molestowanie seksualne dziecka, bo wtedy rozwód będzie łatwiejszy i decyzja o opiece nad nieletnim oczywista, to o czym mówimy? - pyta seksuolog.

- Kiedyś uczeń został tak pobity przez kolegów, że w ciężkim stanie trafił do szpitala. Rodzice skierowali sprawę do sądu. Sprawcy nie zostali jakoś dotkliwie ukarani. Kiedy chłopak wrócił do szkoły, podeszli do niego i powiedzieli: "Już nie żyjesz, teraz załatwimy cię tak, że nikt nie będzie wiedział, że to my" - opowiada Krystyna Kmiecik-Baran. - Rodzice zabrali chłopca do innej szkoły, musieli go wysłać na terapię, tak bał się szkoły, że załatwiono mu nauczanie indywidualne. A bandyci? Czuli się świetnie. Utwierdzili się w przekonaniu, że wszystko im wolno - dodaje.

Szkoły zmieniają się w ściśle pilnowane twierdze. Kamery montowane są nawet w ubikacjach. Plecaki uczniów obwąchują szkolone w poszukiwaniu narkotyków psy, ochroniarze nie wpuszczają do budynku nikogo, kto jest spoza szkoły. Ale to nie pomaga - z dzieci rosną potwory. W Słupsku 14-latek zgwałcił matkę w obecności sześciu dopingujących go kolegów. W Miechowie grupa nastoletnich mieszkańców Ośrodka Wychowawczego zdemolowała budynek i pobiła policjantów, bo nie spodobała im się decyzja kierownika, który nie chciał wpuścić do nich gościa. Tłumaczył, że jest za późno, że wizyty są dozwolone tylko do godziny 23. W Rucianem-Nidzie 8-latek i 10-latek okradli przedszkole. Do sprawy podeszli profesjonalnie - założyli rękawiczki, usunęli potłuczone szkło, żeby przestępstwo zostało wykryte jak najpóźniej. Przykładów jest mnóstwo: starsze dzieci wymuszają haracze od młodszych, młodsze - od przedszkolaków. Kilkulatki terroryzują kolegów i nauczycieli. Wszyscy śmieją się z dorosłych, także mundurowych. - Możecie mi naskoczyć - słyszą nauczyciele, policjanci i rodzice. Wypowiedź poparta jest zwykle stekiem bluzgów.

Psycholog dr Andrzej Samson uważa jednak, że nie ma co się emocjonować nadużywaniem praw przez dzieci i młodzież. Po czym podaje przykład: dwie nastolatki oskarżyły nauczyciela o molestowanie. Rzecz działa się na wycieczce. Inni uczniowie potwierdzali, że nauczyciel zabierał dziewczyny i gdzieś z nimi znikał. Okoliczności nie były więc dla niego sprzyjające. Co się okazało? Uczennice miały kłopoty w szkole, nauczyciel wykorzystał wycieczkę, żeby z nimi poważnie porozmawiać. Nie będzie tego przecież robił przy wszystkich. Nastolatki w końcu się przyznały, że żadnego molestowania nie było, po prostu nie lubiły mężczyzny, który był bardzo surowym pedagogiem.

- Powinniśmy się jednak zastanowić, gdzie leży przyczyna takich oskarżeń - mówi dr Samson. - Przecież żadne dziecko nie oskarży dorosłego, który zapewnia mu poczucie bezpieczeństwa, daje ciepło. A odpowiedzialność? Dzieci z założenia nie są odpowiedzialne. To jakby chcieć pogodzić ogień z wodą. Jeśli daliśmy dzieciom prawa, powinniśmy się liczyć z takimi przypadkami.

Dr Krystyna Kmiecik-Baran mówi, że i nauczyciele nie zdają sobie sprawy z ryzyka bezpodstawnych oskarżeń. Sama też nie znała skali zjawiska. Z praktyki wiedziała o poszczególnych przypadkach. - Po analizie danych Międzynarodowej Organizacji Pracy z 1998 roku ze zdumieniem stwierdziłam, że wśród pracowników najbardziej narażonych na ataki "klientów" są pracownicy pomocy społecznej, lekarze i pielęgniarki, taksówkarze i nauczyciele - mówi psycholog. - Dzieci są coraz bardziej odważne. Mogą wykorzystać wszystko. Na przykład nauczyciel widzi na szkolnym korytarzu płaczącego malucha. Przytula dziecko. Ale jeśli później podpadnie uczniowi, ten przyjazny gest zostanie wykorzystany przeciwko niemu - dodaje.


Chipsem w rodzica

Krystyna Kmiecik-Baran uważa, że rodzice sami są sobie winni. - Wiedzą, że nie poświęcają dzieciom tyle uwagi, ile powinni. I co robią? Idą do sklepu i kupują drogie zabawki. To lek na wyrzuty sumienia. Efekt jest taki, że dziecko rośnie w przekonaniu, że wszystko mu się należy - dodaje psycholog.

- Chcesz chipsa? - pyta dzieciaka znany piłkarz. Chłopiec odmawia. Tłumaczy, że mama mu nie pozwala. Dla piłkarza to żaden problem. Przekonuje matkę dziecka, że chipsy są bardzo... zdrowe.
To stwarza idealne warunki do pracy dla speców od reklamy. A kiedy oni wezmą się do roboty, rodzice są przegrani. Lepiej żeby zapomnieli o tym, że opiekunowie kiedykolwiek cieszyli się u potomstwa autorytetem, bo tylko się ośmieszą. Twórcy reklam doskonale o tym wiedzą. I z premedytacją podkopują resztki szacunku do matki i ojca, które jeszcze zostały. Gra jest warta świeczki.

Niedawno jeden z warszawskich hipermarketów zorganizował panel konsumencki z udziałem jedenastolatków. Sprzedawcy podchodzą do takich badań śmiertelnie poważnie. Co tym razem usłyszeli? Myli się ten, kto myśli, że dzieciaki mówiły o wystroju, kolorowych balonikach i tym podobnych bzdurach. Nic podobnego! Dzieciaki stwierdziły, że sklep jest co prawda fajny, ale ma wady. Czasami brakuje kodów na produktach i w kasie trzeba długo czekać. Albo pudełka gier są zbyt mocno ściśnięte taśmą, przez co zawartość może ulec uszkodzeniu. Nie bez powodu 60 procent reklam kierowanych jest do dzieci i młodzieży!

- Nastolatka kochała się w bracie swojego ojca - opowiada dr Zbigniew Izdebski. - Wujek był młody, nie miał 30 lat. Był przystojny, łamał serca kobietom. Miał zresztą fatalną opinię. Spodobał się bratanicy. Dziewczyna zaczęła mu się narzucać. Najpierw próbował ją ignorować, w końcu powiedział: "dobra z ciebie dupa, ale bez przesady, jesteśmy spokrewnieni". To był dla niej cios. Czuła się odrzucona, zdradzona. Postanowiła się zemścić. Zagroziła, że oskarży go o molestowanie seksualne. Drwiła: "Nikt ci nie uwierzy, przecież wszyscy wiedzą, że jesteś dziwkarz". Musiał ją kryć, gdy wybierała się po kryjomu na imprezę, gdy miała coś na sumieniu. Gdy się wycofywał, przypominała mu o groźbie. Przestraszył się. Zaczął ją śledzić, zapisywał jej występki - gromadził na nią "haki". W końcu nie wytrzymał napięcia i zgłosił się do specjalisty. I całe szczęście. Bratanica w jednym miała rację - z jego opinią, rzeczywiście nikt by nie uwierzył, że jej nie dotknął. Ale dziewczyna przyznała się do intrygi.
Dzieci nie dziękują za prezenty. Chcą nowych zakupów! I zwykle rodzice im ulegają. Aż 84,6 procent Polaków preferuje "bezstresowe" wychowanie, pozbawione elementów nauki i odpowiedzialności - wynika z badań przeprowadzonych przez "Pentor" na zlecenie tygodnika Wprost. Tylko 12 procent ankietowanych przez profesor Barbarę Fatygę z Uniwersytetu Warszawskiego nastolatków przyznało, że pomaga w domu. - Na początku lat 90. myślałam: "Powinniśmy jak najwięcej mówić o prawach dzieci, to wspaniale, że wreszcie je mają". Teraz już nie jestem tak zachwycona - mówi dr Kmiecik-Baran. - Oczywiście, nikt nie może dziecka krzywdzić, to nie podlega dyskusji. Ale oprócz praw powinniśmy dać dzieciom lekcję odpowiedzialności. To nie może być władza absolutna nad dorosłymi - dodaje.

Nasi dziadkowie opowiadali o biciu przez nauczycieli linijką, sadzaniu w oślich ławkach (czasami delikwent dostawał na głowę opaskę z papierowymi oślimi uszami) i klęczeniu na grochu. Nasi rodzice stali w kącie, przepisywali po kilkaset razy: "Nie będę więcej mówił brzydkich wyrazów". A my? Załapaliśmy się na rozprężenie szkolnych obyczajów. Ale mimo to nie ośmielaliśmy się przeklinać w obecności nauczyciela, kiedy dostawaliśmy szlaban, z pokorą (no, bez przesady!) przyjmowaliśmy rodzicielskie zakazy. I czasem obrywaliśmy po tyłku. Salomon Rysiński, pierwszy badacz polskich przysłów, zapisał popularne niegdyś powiedzenie: "Nie kocha ten dziecięcia, kto rózgi oszczędza". Może dawni Polacy mieli jednak rację?

Kulisy nr 24/2003

Apel Twojego dziecka